środa, 12 lipca 2017

Rozdział 7

Rozdział 7

- Proszę - Alan podał Alice dużą porcję różowej waty cukrowej, którą szatynka nie pewnie przyjęła. - No to smacznego - rzucił, siadając na ławce obok dziewczyny. Szatyn zaczął odrywać duże kawałki waty i wkładać je sobie garściami do buzi, mrucząc przy tym cicho.
- Co tak patrzysz się na to jak na kosmitę? - zaśmiał się Alan, widząc wzrok dziewczyny. - Śmiało, spróbuj. Naprawdę dobra – zachęcał ją. Podczas gdy w głowie szatynki toczyła się prawdziwa wojna.
W sumie, jeśli spróbuje tej waty będzie to tak trochę jakbym całkowicie sprzeciwiła się matce i równoznaczne z byciem "nową mną" – pomyślała. – Tylko czy jestem gotowa, aby pokazać światu prawdziwą Alice Middleton?
Rozważała tak, mrużąc oczy, podczas gdy Alan przyglądał się jej z wielkim rozbawieniem.
- Wyglądasz jakbyś planowała morderstwo i rozważała jak lepiej zabić – boleśnie czy humanitarnie – powiedział, po czym parsknął śmiechem sam rozbawiając siebie swoimi słowami.
Alice spojrzała na szatyna i zmarszczyła brwi. Nie widziała nic zabawnego w tym, co powiedział szatyn, ale widok śmiejącego się chłopaka spowodował, że po chwili sama uniosła delikatnie kąciki ust.
- No, śmiało – wykrztusił, tłumiąc śmiech. – No... bo sam ci ją zjem – dodał, wskazując brodą na nietkniętą watę cukrową dziewczyny.
Alice znów spojrzała na gigantyczną porcję waty, po czym odetchnęła głęboko. Oderwała mały kawałek i przymknęła oczy powoli wkładając słodki przysmak do ust.
- O Boże! Jakie to dobre – krzyknęła otwierając szeroko oczy.
Nie zważając na fakt, że jest w miejscu publicznym zaczęła w dość niekulturalny sposób, dosłownie, pożerać watę cukrową. Po kilku sekundach patyk był pusty, a jej cała twarz była sklejona watą.
- Wow – mruknął Alan, patrząc szeroko otwartymi oczami na dziewczynę przed nim. – Nie sądziłem, że masz taki... spust.
Szatynka oblizała wargi i wyrzuciła patyk po wacie do kosza obok ławki. Spojrzała na swojego towarzysza, a widząc, że ten ma jeszcze prawie nietkniętą watę, zagryzła dolną wargę.
- Będziesz to jadł? 

***

Landon przetarł zmęczoną twarz dłońmi i oparł się o oparcie swojego fotela. Dzień się jeszcze dobrze nie zaczął, a on już padał z nóg. Spojrzał na zegar wiszący nad drzwiami, a widząc, że dochodzi dwunasta, odetchnął z ulgą. Przynajmniej na chwile będzie mógł wyjść na lunch.
W momencie, gdy zakładał na ramiona marynarkę, do drzwi jego biura ktoś zapukał. Po udzieleniu pozwolenia Evan wszedł do środka z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Hej, pomyślałem, ze moglibyśmy iść razem cos zjeść. Tu niedaleko jest taka mała restauracyjka, nic wielkiego, ale podają tam najlepsze ciasto orzechowe w całym Londynie – oznajmił zachęcająco, na co Harrington zaśmiał się.
- Ciasto orzechowe? – uniósł brwi. – Przecież ty masz uczulenie na orzechy, Evan.
- No niby tak, ale Grace twierdzi, że to ciasto jest serio znakomite. A komu, jak komu, ale Grace ufam bezgranicznie, więc... - zruszył ramionami. – Ja nie mogę go zjeść i się przekonać czy ma rację, ale ty i owszem.
Landon przewrócił oczami, ale kiwnął głowa na znak zgody.
- Tylko, jeśli zaczniesz prawić mi jakieś morały jak Miles, wychodzę – zagroził, wytykając palec w stronę przyjaciela.
- Ja? Prawił morały tobie? Pff, proszę cię, Landi! – szatyn zmrużył oczy patrząc na przyjaciela, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie złości.
- Nie mów do mnie Landi!

***

Alice stała przed lustrem w łazience restauracji, w której Alan miał spotkać się ze swoim wujkiem. Dziewczyna oczyszczała twarz z resztki waty próbując zdusić w sobie uczucie wstydu. Zachowała się karygodnie! Jadła jak świnia i to jeszcze w miejscu publicznym! Do tego wata cukrowa to sam cukier, co można łatwo wydedukować z nazwy. Jakby jej matka się o tym dowiedziała...
Szatynka pokręciła głowa i nakazała sobie spokój. Przecież nie zrobiła nic złego. No, może oprócz pójścia na wagary, ale przecież tysiące młodych ludzi urywa się z lekcji i nic im się nigdy nie stało! Po za tym, u niej to było wytłumaczone durnym byłym chłopakiem, który prawdopodobnie opowiedział jej matce o całym zajściu. Szatynka, aby uniknąć zbyt wczesnej konfrontacji ze starszą Middleton, wyłączyła telefon. I czuła się z tym dziwnie. Pierwszy raz tak jawnie sprzeciwiła się matce.
Alice wzięła głęboki wdech patrząc na swoje odbicie w lustrze. Poprawiła kucyka na czubku głowy i przejechała błyszczykiem po ustach. Wyszła z łazienki, jednak zatrzymała się w miejscu, gdy przy stoliku gdzie siedział Alan dostrzegła jeszcze jednego mężczyznę.
- Alice! – Star zauważył koleżankę i uniósł dłoń w zapraszającym geście. Lekko zawstydzona Alice podeszła do stolika przy oknie i uśmiechnęła się nieśmiało do starszego już mężczyzny z okularami na nosie i z kilkudniowym zarostem.
- Wujku to ta koleżanka, o której ci właśnie mówiłem – oznajmił Alan z szerokim uśmiechem, a szatynka poczuła jak jej policzki powoli zaczynają się rumienić. On o niej mu opowiadał?
- Miło cię poznać, Alice- powiedział starszy mężczyzna, uśmiechając się ciepło do dziewczyny.
- Uhm, pana również – odparła dziewczyna, nadal stojąc niezręcznie obok ich stolika.
- Och, daj spokój! Nie jestem aż tak stary, aby mówić mi mi na per pan. Jestem Greg – siwowłosy uśmiechnął się jeszcze szerzej, podając szatynce dłoń, którą ta delikatnie uścisnęła.
- Siadaj, przecież nie będziesz tak stać – powiedział Alan, przesuwając się na czerwonej kanapie bliżej okna, aby zrobić dziewczynie miejsce.
- Ee, nie chcę wam przeszkadzać i... - zaczęła, spuszczając lekko głowę w dół. Alan machnął lekceważąco dłonią.
- Daj spokój, nikomu nie będziesz przeszkadzać. Prawda wujku? – pytanie szatyn skierował do swojego opiekuna, który pokiwał głową.
Po chwili całą trójką swobodnie rozmawiali na luźne tematy. Alice zaśmiała się na żart wujka Alana, a przy tym zmarszczyła słodko nosek. Szatyn przyglądał jej się z małym uśmiechem na twarzy. Od kiedy zaczął chodzić do szkoły Alice zauważył, że dziewczyna różni się od innych osób z elity. Prawie nigdy się nie odzywała i trzymała się w miarę możliwości na uboczu. Nie chodziła na imprezy organizowane przez znanych ludzi ze szkoły i jako jedyna z elity uczyła się naprawdę bardzo dobrze. No i w przeciwieństwie do jej znajomych ubierała się normalnie i nie przesadzała z makijażem, co było zupełnym przeciwieństwem Jade i jej przyjaciółeczek.
Różniła się od swoich „przyjaciół" tak bardzo, że Alan naprawdę nie mógł zrozumieć, czemu się z nimi zadaje.
- Pracuje pan w policji? – spytała szczerze zdziwiona Alice, krojąc kawałek naleśnika z czekoladą. Długo zastanawiała się, czy powinna je brać, ale koniec końców Alan je dla niej zamówił, więc szatynka była zmuszona je zjeść. Nie żałowała tego, bo danie było naprawdę przepyszne.
- Pracowałem. Od roku jestem na emeryturze – wujek szatyna uśmiechnął się lekko. – A ty chodzisz do szkoły z moim bratankiem, tak?
- Tak, do ostatniej klasy – przytaknęła z uśmiechem.
- Mam nadzieje, że uczysz się od niego lepiej – zaśmiał się starszy mężczyzna. – Z tego chłopaka większy leń niż z jego brata.
- Nie jestem leniwy – zaprzeczył oburzony Alan. – Ja po prostu nie widzę sensu uczenia się tych wszystkich niepotrzebnych pierdół.
- Jak ty się przy kobiecie wyrażasz? – Greg popatrzył groźnie na swojego bratanka, lecz Alice zauważyła, że kąciki ust mężczyzny delikatnie drgnęły, jakby ten powstrzymywał się od śmiechu.
Szatynka poprawiła się na swoim siedzeniu mając dziwne wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Odwróciła się delikatnie za siebie i zaczęła skanować wzrokiem przestronne pomieszczenie restauracyjki. W końcu, w rogu Sali dostrzegła czekoladowe tęczówki wpatrzone prosta w nią. Gdy mężczyzna zobaczył, że Alice również na niego spojrzała, uniósł kącik ust i mrugnął do niej okiem. Speszona nastolatka szybko wróciła do poprzedniej pozycji i na darmo próbowała zatrzymać rumieniące się policzki.
- Wszystko w porządku, Alice? – spytał zmartwiony Alan, widząc nagłe zdenerwowanie dziewczyny. Ta spojrzała na niego, lecz jej wzrok zaraz z powrotem uciekł w kierunku Landona, który nadal patrzył na nią z lekkim uśmiechem na twarzy.
_______________